Tekst ukazał się na portalu rockoko.pl
Data publikacji 12.12.2014
Zawsze interesowały mnie rzeczy, których nie widać na pierwszy rzut oka. Zawsze intrygowały mnie procesy, które na co dzień są niewidzialne. Stale ekscytuje mnie możliwość zajrzenia „od kuchni” w rzadko dostępne miejsca lub zjawiska. Kiedy więc w obrębie tak ważnego w moim życiu świata muzycznego pojawiła się znienacka okazja doświadczenia jednego z jego najważniejszych aspektów, czyli trasy koncertowej, rzuciłem w pośpiechu choinkę, girlandy oraz oblepiony ciastem wałek i ruszyłem na 10-dniową wyprawę po Europie wraz z jedną z czołowych post-rockowych załóg w na naszym kontynencie – warszawskim kwartetem Tides From Nebula. Oto krótki zapis… a może wróć. Oto zapis tego co udało mi się zobaczyć i przeżyć na trasie z TFN. Oto opowieść o trudzie, szaleństwie, absurdzie, szorstkości, pospolitości oraz magii.

Dzień 1 – Lochy, ludzie i wypatroszone nietoperze
3 grudnia, godzina 23:00 – zbiórka w siedzibie zespołu, czyli w domu perkusisty Tomasza „Stołka” Stołowskiego. Skład ekipy na trasę – członkowie kapeli, czyli oprócz Stołka Adam Waleszyński (gitara), Przemek Węgłowski (bas), Maciej Karbowski (gitara, klawisze), kierowca Jacek, dźwiękowiec Marcin i ja. Na potrzeby tej trasy zostałem mianowany Koordynatorem Działu Zaopatrzenia i Promocji, czyli miałem zajmować się sprzedażą „merczu”, a więc koszulek, winyli i CD zespołu. Bagaże i sprzęt załadowane do 8 osobowego busa i tu pierwsza myśl. Bycie muzykiem zespołu rockowego, a w szczególności tak profesjonalnego jak TFN, to naprawdę ciężka robota. Dosłownie. W odróżnieniu od Polski, w trasy europejskie chłopaki jeżdżą jeszcze bez swoich świateł, a i tak sprzętu do zabrania była cała masa. Sporo ważąca masa. Nie bez powodu niektóre „kejsy”, czyli skrzynie ze sprzętem, mają nadane przez zespół wiele mówiące imiona. Dzikun i Locha to naprawdę monstrualne skrzynie, które okazały się bezlitosnymi oprawcami kręgosłupów przez cały okres trwania trasy. A do tego 5 gitar, perkusja, talerze, klawisze, pedal boardy, wzmacniacze, praktycznie pełne wyposażenie sceniczne. Zapinamy pasy i ruszamy w stronę Austrii.

Dla chłopaków to już 13. trasa europejska, więc są przyzwyczajeni do drogi i mają już wyrobiony odruch szybkiego zaśnięcia w busie celem skumulowania lub zregenerowania energii na nadchodzące koncerty. Ja zaś początkowo długo nie mogłem zasnąć, ale na szczęście siedzący obok mnie Stołek również, więc pół nocy spędziliśmy sącząc przyjemnie rozgrzewająca cytrynówkę i rozmawiając o muzyce oraz poprzednich trasach TFN.
Kiedy już się nagadaliśmy późna pora i równomierny, usypiający szum jazdy ułożył nas do snu. Zbudziłem się przed 6 rano. Po mijanych znakach widać było, że wciąż jesteśmy w Polsce. Ponad lasem świt powoli zmieniał czerń nocy w bladoniebieski kolor przedsionka dnia. Noc przeszła w dzień, a dalszy czas jazdy mijał głównie na śnie, rozmowach, postojach, graniu w gry lub oglądaniu filmów na laptopach. Wjechaliśmy do Czech. Rzeczywistość otoczenia zaczynała się zmieniać.
U sąsiadów widoki są jak u nas, tylko napisy bardziej śmieszne. Szarość imitująca Polskę miesza się z kolorami świeżutkich, unijnych inwestycji. Przekraczając zaś granicę z Austrią różnicę widać już w miejscu, w którym były szlabany. Jest trochę ładniej, schludniej, mniej chaotycznie, nawet pola są jakby równiej przystrzyżone. Przez cały przejazd dominował kolor niebieski. To nie kolor nieba czy flagi Unii, ale tablic na autostradzie z nazwami miast i zjazdów. Po pewnym czasie, w zasięgu wzroku zaczyna pojawiać się więcej kolorów. Tło znaków zmienia się na białe, czcionki na czarne, a ich treść ze wskazania odległości przechodzi w nazwy miejscowości. Po 8 godzinach jazdy opuściliśmy autostradę i wjechaliśmy do miasta pierwszego koncertu, austriackiego Linz.

Miejsce pierwszego występu to klub Stadtwerk. Słuchając rozmów chłopaków busie doszedłem do wniosku, że miejsca koncertów są definiowane w oparciu o kilka kategorii: jaki jest catering, jaki backstage, czy w ogóle jest backstage, jaki wystrój, publiczność itp., ale słowem-kluczem i kategorią dominującą są „schody”. Dzikun, Locha i cała brygada ich pomniejszych metalowych oprychów wcale nie łagodnieją w podróży. Ich nic nie obchodzi czy ktoś jest wypoczęty lub wyspany i każdego dnia kręgi są przez nich srogo testowane. Na szczęście pierwszy klub Stardtwerk jest łaskawy, z dobrym podjazdem i konstrukcją, ma nawet windę, tak więc w pierwszy dzień trasy pojedynek Ludzie vs Lochy kończy się wynikiem 1-0 dla homo sapiens.
Trasa to czekanie. Po rozładowaniu sprzętu do próby pozostaje jeszcze 3 godziny. Chłopaki grali już tu wcześniej, więc Adam zabiera mnie na przechadzkę po uroczej, przyozdobionej już świątecznie starówce. Rozmawiamy o muzyce, ich poprzedniej wizycie tutaj, ostatnich koncertach w Polsce. Spotykamy krewnych.

Trasa to również czas, który wypełniają rozmowy, a podczas konwersacji poznaje się ludzi i ich życia. Po powrocie do klubu na backstage’u rozmawiam z Jackiem o jego rodzinnym Gdańsku, zmianach, które widzimy, że zachodzą w Polsce. Potem w pokoju pojawia się Dorota, Polka, która pracuje w znajdującym się w tym samym budynku radio. Chce przeprowadzić wywiad z zespołem, opowiada nam o Linz, o tym jakie to otwarte i wielokulturowe miasto, czym różni się od wyniosłego Salzburga, w którym wcześniej mieszkała. Widzimy, że radiowe studio, które widać z naszego pokoju, jest wypełnione ludźmi na wózkach inwalidzkich. Dorota tłumaczy, że ich rozgłośnia Fro umożliwia osobom niepełnosprawnym, również tym z wadami wymowy, prowadzenie swoich własnej audycji. Nawet, jeśli czasem trudno zrozumieć ich artykulację, dla tych osób jest to bardzo ważna aktywność, czekają na nią cały tydzień, dlatego rozgłośnia daje im taką możliwość. W grupie tych osób jest nawet chłopak, która realizuje audycję, pomimo, że nie porusza rękami, tak więc suwaki przesuwa czołem i nosem… Czy mówiłem już, że trasa to ludzie?
Chłopaki robią próbę dźwięku, potem znów siedzimy na backstage’u i czekamy. Wjeżdża catering. Adam nagle dostaje trudny telefon z Polaki. W tym samym czasie ja również mam mało przyjemną rozmowę z kraju. Uderza mnie myśl, że pomimo iż jesteś gdzieś daleko, w zupełnie innej rzeczywistości, tam w domu życie nie staje i rzeczy cały czas się dzieją, choć z perspektywy backstage’u w austriackim Linz, wydaje się, że istnieje tylko tu i teraz. Zbliża się czas koncertu, a koncerty to również supporty. I wygląda na to, że supporty, przynajmniej na początku, to jeden z kolorytów trasy.

Dziś gra Karl. Choć naprawdę na imię ma Michael. Ale dla mnie wygląda jak Karl. Karl, który nosi okulary, wygląda jak student neurobiologii, ma bardzo niepozorną twarz, jest cichy i pokornego serca. Jednakże jego niepozorność zawiera w sobie dużą dozę prawdopodobieństwa, że ten cichy studencik skrywa w piwnicy pokaźny zbiór pił łańcuchowych, tasaków i wypatroszonych zwłok kurierów i listonoszy. Zespół Karla składa się z Karla. I czarnego pudełka. Karl gra na gitarze, a stojący obok niego przedmiot odtwarza podkład perkusji. Karl gra post-metal i na scenie jest jak jego piwnica – dziki i tajemniczy. Mało mówi, macha głową i siecze sążniste riffy. Tak, trasa to również mnóstwo spotykanych ludzi, którzy generują różne skojarzenia i sytuacyjne żarty. Chłopaki mają bekę z Karla i opowiadają mi o innych osobliwych supportach z poprzednich tras, jak np. osoba grająca na harfie czy zespół, który jako instrumentów używał warzyw.
TFN wychodzą na scenę o 22. Na tej trasie grają set trwający ok. 60-75 minut, w zależności od tego jaka jest atmosfera i czy jest bis. W Linz, jak to określił Adam, było „trochę sucho”, choć ludzie w rozmowach po koncercie byli mocno podekscytowani, szczególnie ci, którzy słyszeli zespół po raz pierwszy. Około godziny po występie cały sprzęt jest pakowany, wkładany do busa i od tej pory ten rytuał będzie się powtarzał codziennie. Rozłożenie i próba dźwięku zajmują zwykle 2, 3 godziny, złożenie wszystkiego około godziny. Tego dnia w hostelu jesteśmy o 2 w nocy. Jutro mamy do przejechania kawał drogi, tak więc, aby dotrzeć na godzinę 15, czyli taką, która umożliwia rozłożenie sprzętu i próbę bez zbędnego pośpiechu, budzimy się o 6.30 i wyjeżdżamy do włoskiej Modeny.
Dzień 2 – Odkształcona percepcja i pojedyncza celebra
Szybko orientuję się, że każdy poranek na trasie jest w zasadzie tylko po to, aby przenieść ciało do busa i kontynuować sen. Po kilku godzinach snu w busie budzi mnie wibrujący sms witający w Niemczech i rozpościerający się za oknem widok Alp. Po jakimś czasie znów zasypiam, po czym za moje ucho szarpie kolejna wiadomość, tym razem podająca adres ambasady Polski we Włoszech. Odcinki czasu i snu mierzone zakresem roamingu. Po trzech godzinach snu w hotelu i trzech w busie ciało jako tako wraca do normy. Droga do Modeny wiedzie uroczą trasą pomiędzy Alpami. Samochód wpływa i wypływa z tuneli, wzdłuż drogi płynie górska rzeka, pod spodem sunie druga trasa, po bokach szosy pną się wzgórza i winnice. Mijamy znak „Modena 150km”. To ciekawe, jak szybko człowiek się przestawia. Po przejechaniu 800km z Warszawy i wiedząc już, jak czuć taką odległość, zakres odbioru czasu i dystansu zmienia się i wszystko, co znajduje się w odległości poniżej 200km wydaje się być blisko. Kiedy po kilku godzinach jednostajnego tempa jazdy w linii prostej, nawet jeśli jesteś zanurzony w pół-śnie, ale czujesz, że pojazd zwalnia i skręca, to są tylko trzy możliwe opcje: zjeżdżamy na stację uzupełnić bak pojazdu lub wypróżnić nasze baki tudzież dojechaliśmy do miasta dzisiejszego koncertu. Tym razem ten ostatni scenariusz. Benvenuto a Modena.

Przyjeżdżamy wcześniej, niż zaplanowane, klub jest na poziomie ulicy, czyli bez schodów, więc kolejny punkt dla zespołu. Szybko się rozkładamy, mamy czas odpocząć, sprawdzić, co słychać w sieci i zobaczyć miasto. Urokliwe, małe uliczki, iluminacje świąteczne, na ulicy pieczone kasztany, choć z jedzenia chłopaki próbują włoskie lody. Po spacerze wracamy do klubu. Na backstage przyjeżdża catering (pizza, no ba), a na scenie rozkładają się lokalne supporty. Jeden z nich to post-rock, a drugi ciężko powiedzieć co, jakby awangardowe granie. Koncert TFN, jak to u południowców, zaczyna się późno, bo dopiero o 23. Klub La Tende pomimo czasem zanikających gitar zaoferował nie najgorsze brzmienie no i zacną frekwencję, gdyż zjawiło się ponad 200 osób. Podczas tego koncertu stałem z boku sceny, tak na granicy między zespołem a publicznością i ciekawe było obserwować, jak na twarzach ludzi będących w interakcji z zespołem malują się rożne emocje. Zamyślenie, pobudzenie, zaciekawienie lub podekscytowanie mega intensywną ekspresją zespołu. No i ten starszy pan, który przycupnął sobie z boku sceny i cały koncert oglądał z tego specjalnie wybranego przez siebie miejsca. Jakby wiedział po co przyszedł i chciał celebrować, napawać się w spokoju długo oczekiwanym przez niego wydarzeniem.
Pomiędzy koncertami udało mi się nawiązać kilka rozmów z Włochami, którzy dzielili się przemyśleniami o tym, jak Polska staje się na Zachodzie coraz bardziej doceniania i obecna zarówno muzycznie (TFN, Blindead, Riverside), jak i turystycznie, a nawet politycznie. Zawsze ciekawie jest spojrzeć na własny kraj z innej, zewnętrznej perspektywy. Podobnie jak w Linz, po koncercie fani i promotorzy zapraszali na after party, ale ze względów logistyczno-czasowych niestety nie mogliśmy skorzystać. Koncert skończył się o 1 w nocy, składanie i dojazd do hotelu zajęły nam godzinę. Po dotarciu do miejsca noclegu uskuteczniliśmy szybki prysznic i dłuższą rozmowę o feminizmie (tak tak), a sen przyszedł ok. 2:30. O 5:30 bezlitosny cios budzika rozbił senną błogość w drobne kawałki. O tej porze było jeszcze za wcześnie na podanie śniadania, ale uprzejma pani z recepcji poczęstowała nas wczorajszym ciastem. Szybkie kęsy, włoska kawa i o 6 wyjazd do Wiednia.
Dzień 3 – Szorstko i surowo

Budzę się i znów widzę Alpy. W zasadzie wracamy tą samą drogą. Ciekawe jest to, jak w naturalny sposób tworzą się 3 godzinne bloki snu. Trzy godziny w łóżku w hotelu, przemieszczenie ciała do busa, trzy godziny w fotelu w samochodzie i to w zasadzie wystarcza na cały dzień oraz pół kolejnej nocy, a potem cykl się powtarza. Jacek mówi, że po koncercie we Wiedniu powinno być lepiej ze snem, gdyż odległości między miastami będą znacznie mniejsze. Na razie mijamy tablicę mówiącą, że do stolicy Austrii pozostało 323 km.
TFN grali już we wiedeńskim Viper Roomie i po dotarciu do klubu pojawiają się problemy, o których chłopaki wspominali podczas drogi. Lokal jest w centrum miasta, więc początkowo jest kłopot z zaparkowaniem busa. Kiedy w końcu udaje się znaleźć miejsce, bezwzględność głównej kategorii definicji klubów daje o sobie znać w pełnej formie. Schody. Dużo schodów. Dwa poziomy w dół. Dzikun i Locha niczym dwie milczące, bezlitosne bestie testują krążki międzykręgowe do granic wytrzymałości. Viper Room to trochę nora. Jedno z podstawowych kryteriów oceny miejsca, czyli kibel, dostaje ode mnie 4, w porywach do 5 na 10. Chłopaki spuszczają jego ocenę jeszcze niżej. To dopiero trzeci koncert trasy, ale w tym miejscu jak do tej pory najmocniej czuć surowość rockowego świata. Na sali można palić, więc wypełnia ją gęsty dym papierosów i zapach marihuany. Młodociane ekipy z supportów, rozłożone obok stoiska z merczem TFN, skupione są głownie na spożywaniu darmowego piwa, a siedzące z nimi dziewczyny próbują skupić swój już lekko rozmazany wzrok, by uszczknąć choćby fragment danej ich chłopakom na ten wieczór sławy. Koncert we Wiedniu tak naprawdę był festiwalem, którego headlinerem było TFN, a przed nimi występowały jeszcze 4 zespoły.

fot. Jan Braun
Na backstage’u było więc ściśnięte 5 kapel, a do tego tam też można było palić. W naszej ekipie są osoby palące, ale i tak przenieśliśmy rzeczy w inne miejsce, gdyż dym papierosowy przenika do najgłębszych włókien. A pranie w trasie to jak się uda w hotelu i raczej tylko podstawowe rzeczy, typu skarpetki czy bielizna. A propos przedmiotów. W trasie musisz cały czas uważać na swoje rzeczy, stale sprawdzać czy wszystko masz przy sobie, na sobie, w torbie. Nie dlatego, że mogą cię okraść, bardziej przez to że zmieniając cały czas miejsce pobytu możesz coś zapomnieć lub zostawić. Ja już pierwszego dnia zgubiłem odtwarzacz mp3, potem jeszcze słuchawki. Zespół gra próbę o godz. 16, a koncert jest dopiero o północy. Na zewnątrz jest zimno, pada deszcz, a więc mamy 6 godzin czekania w klubie. Gramy w piłkarzyki, pijemy porto, piwo, korzystamy z wifi. W międzyczasie zaczynają grać supporty.
Każdy z nich najlepiej można określić za pomocą odpowiedniego stopniowania przymiotnika „słaby”. Po dłuższym czasie zaczynasz się modlić, by na podczas ich występu siadł prąd w całej dzielnicy. Ale są też i przyjemne iskierki. Pojawia się Jan, Austriak, bardzo podekscytowany dzisiejszym koncertem TFN. Fajnie jest spotkać osobę, która z taką pasją i entuzjazmem odbiera muzykę, opowiada o tym, że nie ma dla niego dnia bez słuchania zespołu, dlaczego „Earthshine” jest jego ulubioną płytą itp. Prąd w dzielnicy nie wysiadł, supporty wciąż grają, a nawet wszystko przedłużają. Koncert jest opóźniony, chłopaki wychodzą na scenę dopiero o 0:30. I tu zauważam pewną powtarzalność. Czy to Karl w Linz, to pseudo awangardowy rock w Modenie, po kim by nie grali, każdego wieczoru kiedy TFN wychodzą na scenę i zaczynają swój występ, od razu wyczuwa się zupełnie inną klasę muzyczną. Dojrzałość artystyczną. To się czuje już na intro i to trwa aż do ostatniego numeru. Następuje zupełne skasowanie wszystkich bytów dźwiękowych, które pojawiły się przed nimi na scenie. Od początku tego festiwalu wydawało się, że wiele osób nie znało wcześniej TFN i zespołowi udało im się zainteresować sporo osób swoją muzyką, gdyż po koncercie wiele osób przychodzi po płyty. Wniebowzięty po koncercie Jan angażuje się marketingowo i po niemiecku nakłania niezdecydowanych do prewencyjnego zakupu wszystkich albumów zespołu. Są również i Polacy. Są zdjęcia, autografy, drinki.

Po headlinerze festiwalu, na dobicie kilkudziesięciu pozostałych w klubie ciał, na scenę wchodzi jeszcze jedna kapela. TFN użycza im część swojego sprzętu, więc by móc się zbierać, musimy poczekać, aż ta załoga dopiłuje swój występ do końca. Hałas milknie o 3 rano i dopiero wtedy można wszystko złożyć. Znów schody, tym razem w górę. Dzikun, Locha oraz ich pozostali partnerzy w zbrodni w niezmiennie obojętnym milczeniu aplikują ekstremalną dawkę męczarni. Ludzie vs Lochy 2-1. Zmęczenie przeistacza się w solidne wkurwienie. Do tego pada deszcz i trzeba się szybko uwijać, aby nic nie zmokło przed włożeniem do busa. W hotelu jesteśmy o 4 rano. Myjemy się, jemy coś. Pokój, a w zasadzie hostelowe mieszkanie mamy wspólne, tak więc dziś śpimy wszyscy razem. Ktoś leży, ktoś pije piwo, inny wodę. Gadamy o pierdołach mniejszego i większego kalibru, ale także o religiach, kościele, poczuciu powołania, a na koniec o muzyce. Próbujemy określić najważniejsze zespoły w naszych życiach, ale jest ich za dużo, więc dla każdego z nas to trudne zadanie. Kiedy reszta ekipy zasypia, Adam z Przemkiem próbują mnie przekonać do Radiohead, rozkładając jeden z ich numerów na czynniki pierwsze. Ja zupełnie nie czuję tego zespołu, więc moje rockowe serce wciąż pozostaje niewzruszone na dźwięki załogi z Abingdon. Wszyscy trzej jednak reagujemy na kolejną pozycję z nocnej playlisty, czyli Deftones. „MX” – ostatni numer na „Around The Fur”. Pośród ciszy nocy Chino wypełnia pomieszczenie swoim rozmarzonym głosem. „Thirty nights…. of violence…. and sugar… to love…”. Za oknem jest chłodno i pada deszcz. W pokoju usypia nas przyjemne ciepło. Dochodzi 6 rano.
Dzień 4 – Przemiana
Wstajemy ok. 10. Jemy śniadanie, słuchając chińskiej wersji „Takie tango” Budki Suflera. Kop bardziej efektywny niż czterdzieści kaw. Z Wiednia wyjeżdżamy ok. 13. W drodze w busie chłopaki pokazują filmiki nakręcone podczas jazdy po mieście w trakcie październikowej trasy w Indiach. Jedno słowo – chaos. No może dwa. Chaos i mnóstwo krów. Za oknami busa krajobraz się spłaszcza. Znajome niziny, niczym w Polsce. Dzisiejszy wieczór zaś to enigma. TFN jeszcze nie grali zarówno w tym mieście, jak i klubie, choć często słyszeli, że w Brnie jest dobry klimat na muzykę rockową. To ich skłoniło do przyjazdu, pomimo że z dotychczasowych doświadczeń wynikałoby, że Czechy jednak niezbyt chłoną tego typu muzykę. Zanim pojawili się ludzie i jakiekolwiek dźwięki, nastąpił znów cios w już nam znajomej postaci.
Schody – ilość i stromość nie tak ekstremalna, jak w Wiedniu, ale jednak. Ludzie vs Lochy 2-2. Klub sam w sobie fajny. Przyjemny wystrój i dobry sprzęt. Marcin zapytany po próbie jak jest z dźwiękiem, po raz pierwszy na tej trasie odpowiedział „zgadza się”, a to w jego ustach znaczy wiele. Dlaczego? Marcin jest osobą, która pracowała m.in. przy nagłośnieniu ostatniego koncertu Metallicy w Warszawie czy koncertu Shakiry w Gruzji. Shakiry w Gruzji? Tak jest. Firma, w której on pracuje, obsługiwała tę imprezę, ponieważ w najbliższej „okolicy”, czyli w promieniu paru tysięcy kilometrów, nie było podmiotu, która miałaby sprzęt i ludzi spełniających wymagania tak dużej gwiazdy. Jeśli więc dla Marcina się zgadza, to znaczy, że jest naprawdę dobrze.

Po próbie udało nam się z Jackiem uskutecznić mały wypad na miasto. Brno jest urocze, położone na pagórkach, w centrum znajduje się starówka złożona z fajnych kamienic, a całość była już przyozdobiona świątecznym jarmarkiem. Przechadzając się wieczorową porą w okolicach katedry natrafiliśmy na dzieci, przebrane za aniołki i trzymające w dłoniach światełka. Jak się dowiedzieliśmy, były one częścią widowiska plenerowego, które odbywało się u podnóży kościoła. Atmosfera była bardzo przyjemna, ale ów świąteczny klimat udzielił się chyba i publiczności, gdyż w Brnie była najsłabsza frekwencja na trasie.
Na koncercie pojawiła się dosłownie garstka osób. Wyglądało na to, że promotor nie za bardzo zaangażował się w rozpropagowanie informacji o koncercie. A szkoda, bo tego wieczora był najlepszy dźwięk i najlepsze światła. Przez jakiś czas podejrzewaliśmy nawet, że oświetleniowiec zna piosenki zespołu, tak dobrze wychodziły mu synchronizacje. Wszystkie te uwarunkowania sprawiały, że tego wieczora mogło być wyjątkowo, choć tak naprawdę, pomimo słabej frekwencji, podczas koncertu i tak kilka razy przeszły mi po plecach ciarki. Na otwierającym set i od razu chwytającym za gardło „Sleepmonsters”, wgniatającym swoją mocą „It Takes More Than One Kind Of Telescope To See The Light” czy też przy melancholijnych przestrzeniach „Syberii”. Po występie Adam również przyznał, że i przez niego kilka razy przeszedł przyjemny prądzik, a Marcin namaścił to nagłośnienie jako jedne z najlepszych w ostatnich miesiącach jego pracy z zespołem. I tak to od momentu rozpoczęcia koncertu wieczór ten, który początkowo z uwagi na zionący pustką klub zapowiadał się przygnębiająco, poprzez dobry dźwięk, światła i narastające emocje, zaczął zmieniać się w coś bardzo pozytywnego. Po występie podeszło do nas kilku fanów, nawiązała się fajna rozmowa, zrobił się przyjemny klimat, a że w tym klubie ze składaniem sprzętu moglibyśmy poczekać do rana, cała ekipa przeniosła się do hotelu, gdzie z kolei rozkręciła się jedna z najlepszych imprez na trasie. Jakaż zmiana sytuacji. A jak się zakończyła? Sen nastąpił o 6 rano, a pobudka o 9. Trzy godziny snu stały się dla nas już normą.

Dzień 5 – Magia niepozoru
Tak jak mówił wcześniej Jacek, przejazdy w tych dniach odbywały się na znacznie krótszych dystansach, niż na początku rasy, więc do Bratysławy mogliśmy wyruszyć ok. 11 rano, a po drodze zajrzeć jeszcze do jednej urokliwej miejscowości.

Po dotarciu do Bratysławy i klubu British Rock Stars okazało się, że jest to lokal typu mini Hard Rock Cafe. Podjeżdżając pod klub i widząc scenę na poziomie ulicy wszyscy odetchnęli z ulgą. Kiedy jednak na powitanie wyszli promotorzy i powiedzieli, że to nie ta scena i koncert jest na dole, wiadomo było, co się szykuje. Ludzie vs Lochy – przestaję już liczyć. Słowaccy promotorzy zdawali się być bardziej aktywni niż ich czeski odpowiednik i tego dnia na koncercie zapowiadała się dobra frekwencja, ale z kolei słabe nagłośnienie, gdyż klub miał poważne braki sprzętowe w tym zakresie. Każdego dnia pierwszą rzeczą, jaką robił Marcin zaraz po dotarciu do klubu, było skierowanie się do stanowiska dźwiękowca i sprawdzenie jaki jest sprzęt. Najczęściej zaraz po tym następowała sekwencja komend i dyspozycji stawiających na baczność lokalnego dźwiękowca początkowo nie wiedzącego o co chodzi, gdyż do tej pory był on przekonany o tym, że jego sprzęt jest w stanie nagłośnić nawet orkiestrę harf z gościnnym udziałem szwadronu ksylofonistów. Miło był patrzeć, jak Polacy pokazują, jak to się profesjonalnie robi. Ciekawostką w tym klubie była lokalizacja backstage’u, do którego wchodziło się przez… kuchnię. Chcąc więc przebrać się na koncert przechodziłeś obok stołu, na którym pani o aparycji rumcajsowej Halinki biła kotlety na nasz przedkoncertowy posiłek.

Supportem tego wieczora był słowacki The Ills. Podobno najlepsza post-rockowa załoga w kraju. Jeśli to prawda, że w każdym kraju i w obrębie każdego gatunku muzycznego jest kilka zespołów wybitnych i cała masa przeciętnych, to nie wiem czy chciałbym wiedzieć, jak brzmią średni przedstawiciele słowackiej sceny post-rockowej. Smęcili, męczyli, choć trzeba przyznać, że marny dźwięk na pewno im za bardzo nie pomógł. Miał on też wpływ na występ TFN, ale ogólnie koncert wypadł pozytywnie. Słowacy to mili ludzie, po koncercie miały miejsce fajne rozmowy. Po złożeniu sprzętu udaliśmy się do hotelu. Tym razem pokoje były dwuosobowe, trafiłem do pokoju z Adamem. Umyliśmy się, zrobiliśmy konieczne pranie, położyliśmy do łóżek, ale nie mogliśmy zasnąć. Rozmawialiśmy więc o rynku muzycznym w Polsce, wysiłku wymaganym w rozwój zespołu, doświadczeniu pracy TFN ze Zbigniewem Preisnerem. Na koniec znów słuchaliśmy muzyki, wymienialiśmy się zespołami, które zrobiły ostatnio na nas wrażenie. Wspomniałem o tym, że cały czas szukam kojącej muzyki ambientowej i po wymianie kilku kapel Adam powiedział, że teraz puści mi najlepszy ambient świata. Zastanowiłem się, co to mogłoby być, a kiedy usłyszałem pierwsze dźwięki tego utworu, wiedziałem że nie może być nic lepszego. „Saint” zespołu Jakob to po prostu dźwiękowy i emocjonalny absolut. Przez dłuższą chwilę opowiadaliśmy sobie o tym, jak czujemy te dźwięki. W Bratysławie, w hotelu Modena, o 3 nad ranem, poczułem powiew magii pośród zwykłego niepozoru. Czy mówiłem już, że trasa to życie?
Dzień 6 – Zanik czasu
Pobudka, śniadanie, wyjazd do Koszyc. Kolejny klub i miasto nowe dla zespołu. Po drodze znów przejeżdżaliśmy przez góry, gdzie wiał bardzo mocny wiatr. Momentami busem wręcz rzucało na boki, ale szczęśliwie do miasta udało się dojechać bez szwanku. Klub nazywał się Kultur Park i był to podobno jakiś dom kultury, zastanawialiśmy się wiec, czy nie będzie to instytucja typu miejski dom kultury w Bobiszczy, obity boazerią, z tekturowymi biletami i sprzętem starszym niż wąsy sprzedającego wejściówki pana Zdenka. Jakież spotkało nas zaskoczenie. Nie był to dom kultury, ale wręcz całe centrum kultury. Nowo wybudowane, z dwiema salami koncertowymi, rampą prowadzącą na scenę, nowiutkim backstage’m, lśniącą toaletą i pokojami noclegowymi w tym samym budynku. Po raz pierwszy na tej trasie warunki w pełni spełniały rider techniczny zespołu. Cały ośrodek, pomimo, że był wypełniony sporą ilością betonu, od początku emitował jakieś pozytywne wibracje. Tego dnia jako support znów grali The Ills i tego dnia wypadli trochę lepiej niż w Bratysławie. TFN jak zawsze zagrali profesjonalnie i emocjonalnie, choć sala była za duża względem ilości osób, które się zjawiły, a nie było ich tak mało. Po koncercie kolejne ciekawe spotkania z ludźmi. Znów Polacy, w tym Alicja z Bydgoszczy i jej kolega Felix z Portugalii, którzy przez cały koncert dosłownie tańczyli przed sceną. Ich pozytywna forma ekspresji przeniosła się też na kontakt z całą ekipą, więc po koncercie umówiliśmy się z nimi na drinka.

Po złożeniu sprzętu poszliśmy na miasto kupić coś na rozgrzanie. Wiał niemiłosiernie silny wiatr, który wręcz przecinał chłodem na wskroś. Wszystkie sklepy wydawały się już być zamknięte, ale w trakcie ich poszukiwania udało nam się zobaczyć trochę miasta. Idąc przez Koszyce zaczęliśmy z Maćkiem rozmawiać o „teraz”. O tym, co się dzieje w tej chwili. Jest pierwsza w nocy, my niewyspani, zmęczeni, obolali, ale nie idziemy spać, tylko przesuwamy wieczór w noc z nowo poznanymi ludźmi, w miejscu, w którym nigdy wcześniej nie byliśmy. Dlaczego? Właśnie dlatego, że to jest nowe. Właśnie dlatego, że to jest teraz. I również przez to, że to już nigdy może się nie powtórzyć. W trakcie rozmowy idący z nami Felix powiedział, że jest surferem i pomyślałem sobie, że to jest właśnie jak jazda po falach. Przychodzi impuls/fala „teraz”, wskakujesz na nią i pozawalasz jej ponieść cię w nowe przeżycia. Chyba każdy z nas doświadczył czegoś takiego, z tym że na trasie to jest o tyle inne, że „teraz” dzieję się praktycznie codziennie. Codziennie jest nowe miasto, ludzie, fale. Codzienne jest nowe „teraz”, które przełamuje zmęczenie i bezsenność. A wracając do Koszyc, to w obecnym „teraz” wiatr wciąż ciał niemiłosiernie, a nam w końcu udało się znaleźć otwarty sklep. Kupujemy whisky i wracamy do pokoju. Zasiadamy w gronie, polewamy, rozgrzewamy, żartujemy, rozmawiamy. O muzyce, o trasach, o nazwie zespołu, o miłości, o seksie. Mija czas, robi się późno, a w zasadzie wcześnie. Ktoś musi już wracać, ktoś inny zasypia. Na koniec zostajemy tylko ja, Przemek i nasza rozmowa o sensie egzystencji oraz definicji szczęścia. Tak, to jedna z tych rozmów o 5 rano. Zasypiamy o 6, pobudka o 8. Normalny czas już dawno przestał istnieć.
Dzień 7 – Absurdalne szaleństwo
Kolejny kierunek to Rumunia. Kawał drogi przed nami, dlatego znów wyjeżdżamy wcześnie. Kawał nocy za nami, tak więc w busie odsypiamy nocne Polaków rozmowy. Krajobrazy węgierskie mnie ominęły, budzimy się przed granicą z Rumunią. Zaciekawia widok kolejki tirów oraz myśl o tym, jak człowiek szybko się przyzwyczaja do dobrego, w tym przypadku braku szlabanów i kontroli paszportowej w strefie Schengen. Dowody sprawdzone, mijamy granicę. Jeśli wjazd z Czech do Austrii był lekką zmianą rzeczywistości, to wjazd do Rumunii jest jej srogim przeskokiem. Pierwsza myśl nasuwająca się podczas obserwacji mijanych krajobrazów wsi i miasteczek to: „Jak oni weszli do Unii”? I dlaczego po 7 latach członkostwa wciąż tu jest tak szaro, chaotycznie, byle jak. I te wszystkie budynki, jak kurze chatki poskładane ze wszystkiego, co było pod ręką. Krzywe, zaniedbane, przygnębiające. Tu wciąż panuje bieda i ludzi mieszkających w takich warunkach jest po prostu żal. Bo innych już z kolei nie. Po drodze mijamy miejscowość znaną jako „miasto Cyganów”. Tu mieszkają ci, co mają pieniądze. I poczucie estetyki level Adidas z czterema paskami i uśmiech lśniący złotymi zębami. Przaśność pozornego przepychu i pałace z kurzego gówna. Sam kraj jest bardzo ładny, pokryty pięknymi górami, a te z kolei owiane uroczo tajemniczą mgłą.

Po pewnym czasie urok widoków zostaje przytłoczony trudami jazdy. Jeśli nam się wydaje, że w Polsce mamy złe drogi, to przy tym, co jest w Rumunii, nasze leśne trakty to wręcz tory Formuły 1. W poprzednich krajach 400 kilometrowe odległości między miastami pokonywaliśmy w 5-6 godzin, podczas gdy tutaj trzeba jechać co najmniej 8. Po męczącej jeździe w końcu udaje nam się dotrzeć do miasta Cluj-Napoca.

Chłopaki już od wczoraj ekscytowali się koncertem w tym miejscu. Grali tu wcześniej i wiedzą, że mają tutaj swoją publikę, że jest bardzo prężnie działająca społeczność kochająca post-rocka. Na poprzednim koncercie podobno był też najlepszy dźwięk na całej trasie, tak więc wszystkim udzielał się klimat oczekiwania na coś fajnego. Nie zakłócał tego nawet fakt utrudnionego dotarcia do miejsca koncertu. Klub Shelter nie ma schodów, ale znajduje się na miejskim rynku, gdzie jedynym miejscem do zaparkowania samochodu jest parking po drugiej stronie ruchliwej ulicy. To powoduje, że cały sprzęt musi być przetoczony lub przeniesiony przez pasy, na światłach, pośród zwykłych przechodniów. Tu warto dodać, że w Rumunii światła drogowe stanowią bardziej świetlną ozdobę niż pełnoprawne urządzenie regulujące ruch drogowy, gdyż każdy kierowca przy ujrzeniu choćby milimetra szczeliny pomiędzy przechodniami na pasach, dodaje gaz do dechy i przejeżdża jak szalony na czerwonym świetle, obgryzając w ekscytacji kierownicę z radości na zaoszczędzę 10 sekund czekania.
Zanim rozładowaliśmy sprzęt, tradycyjnie poszliśmy sprawdzić, co się dzieje w klubie. I tu bomba numer 1. Nie gramy w tym klubie. To znaczy gramy, ale nie w tej sali, bo dziś tu na dole jest przegląd zespołów węgierskich. Promotora jeszcze nie ma, kontaktem na obecną chwilę był lokalny dźwiękowiec o twarzy spłoszonego gryzonia, który poinformował nas, że sala w której ma być koncert TFN znajduje się w kamienicy obok na pierwszym piętrze. Na piętrze, czyli schody. Cóż poradzić, ale ok, chodźmy zobaczyć tę sale. „Nie nie, jeszcze nie gotowość, będzie za godzina ” tłumaczy nasz kontakt swoim łamanym angielskim okraszonym transylwańskim akcentem. Pytamy co to znaczy, że nie gotowa i czy możemy tylko zajrzeć na chwilę, ale człowiek się upiera, że nie można i zaczyna robić się dziwnie. Maciek, który w zespole pełni funkcję gitarzysty i managera, dzwoni do promotora i pyta co jest grane. On odpowiada, że jest już w drodze i zaraz wszystko wyjaśni. Czekamy w korytarzu kamienicy, w której ma być koncert. Nie ma światła, jest ciemno, zimno, dziwnie, tak jakby na górze pomieszczenie jeszcze nie istniało, a ekipa klubu dopiero wylewała beton na podłogę.

fot. Jacek Messyasz
Przyjeżdża promotor Paul, są klucze, wchodzimy na górę, otwiera salę i…..cios, bomba, granat, petarda i kowadło. Początkowo chciałem napisać, że w tym klubie nie było nic, choć tak naprawdę bardziej adekwatne byłoby stwierdzenie, że nie było klubu. Pomieszczenie, do którego weszliśmy wyglądało jak dwa połączone salony kamienicy z wysokim sufitem, do środka którego wstawiono scenę. W głębi sali znajdowały się jakieś resztki baru, na podłodze walały się butelki, papiery śmieci. I najważniejsze. Nie było światła. Co lepsze, nie było prądu. Co najlepsze – nie było nawet kabli! W miejscu, w którym ma się odbyć koncert rockowy nie ma instalacji elektrycznej!!! Okazało się, że właścicielami kamienicy są dwaj panowie, którzy pałają do siebie taką miłością, jak Fidel Castro do McDonalda. Jeden z nich wynajmuje „klub” innej osobie, co się drugiemu nie podoba i dziś rano ten drugi zjawił się na miejscu i całą instalacją elektryczną wypruł ze ścian! Absurd sięga zenitu. Czujemy się jak policjanci z kryminalnego serialu, którzy przybyli na miejsce zbrodni. Latarkami przeczesujemy pomieszczenie zadając sobie w głowach tylko jedno pytanie: co my tu robimy?! Nie ma nic, kabli, świateł, backstage’u, toalet, prądu, zupełnie nic. Wszystko wygląda jak nielegalnie zajęty squat w opuszczonej kamienicy. Lokalna ekipa wciąż twierdzi, że za godzinę wszystko będzie gotowe. Ciężko w to uwierzyć, ale na razie nie możemy zrobić nic, oprócz pójścia na obiad.

fot. Jacek Messyasz
Godzinę później cała sytuacja wciąż znajduje się w głębokim zakamarku jelita grubego. Zaczyna robić się późno, zaczyna robić się naprawdę nerwowo. Rumuni nie rozumieją, że zespół potrzebuje dwóch godzin na rozłożenie się i zrobienie próby. Jest godzina 18, a wciąż nie ma nawet prądu! Chłopaki zwołują spotkanie w busie i zastanawiają się co robić. Głosy są podzielone. W obliczu zupełnego nie spełnienia warunków ridera zespołu, połowa chłopaków chce odwołać koncert i zażądać wypłaty za występ, reszta namawia, by jednak zagrać, bo ma przyjść ponad 300 osób, najbardziej zagorzałych fanów TFN w Europie. Dyskusja mocna, decyzja trudna. Staje na tym, że ostateczna decyzja zapadnie po tym, czy w ogóle uda się odpalić sprzęt. W „klubie” pojawia się coraz więcej osób pomagających ogarnąć ten wielki chaos. Nie można tym ludziom odmówić determinacji i chęci pomocy, ale wydaje, że oni wciąż nie widzą problemu w tym, że nie ma podstawowych warunków do zorganizowania nawet koncertu akustycznego, a co dopiero występu zespołu, którego moc wysadziła w powietrze zasilanie na jednej ze scen Open’era, jednego z najbardziej profesjonalnych festiwali w Europe.
W końcu przyjeżdża agregat, wielki jak cztery Lochy. Ośmiu pomagierów próbuje go wcisnąć w korytarz kamienicy, skąd kablem prąd miałby być dostarczony na salę. Wejście do kamienicy ma dwa schodki. Rumuni kładą na nie dwie zwykłe płyty pilśniowe w nadziei, że posłużą one jako podest do wjazdu kilkuset kilogramowego urządzenia. Obserwujmy ich z Maćkiem z trudem ogarniając logikę działania lokalnej ekipy. Zdeterminowane druhy wciskają agregat na „podest” już czując nadchodzące zwycięstwo nad stalowym monstrum. Z niepasującym do tej sytuacji spokojem mówię do Maćka „To się zaraz złamie”. Dwie sekundy później powietrze przeszywa ostry trzask i agregat spada z powrotem na chodnik. Rakieta absurdu opuszcza ziemską orbitę. Twardzi, niczym spartańscy żołdacy, Rumuni jednak się nie poddają i zapierając się tak mocno, że aż gacie trzeszczą na ich pośladkach, ostatecznie udaje im się wcisnąć agregat w korytarz kamienicy. Iskra tryumfu pośród mroków beznadziei. Kolejny element koncertu – toalety. Budynek ich nie posiada, ale to również nie stanowi problemu dla naszych zaradnych gospodarzy. Przyjeżdżają dwa toi toi’e. Lekkie, więc bez problemu wchodzą w korytarz. Po ujrzeniu sali i walki z agregatem myślałem, że tego dnia już mnie nic nie zaskoczy, ale kiedy zobaczyłem, jak owe toi toi’e są przez lokalną ekipę wpychane po schodach do sali na piętrze, pomyślałem, że dzisiejszy wieczór właśnie został skasowany, spełniony i dziś nic mocniejszego już nie będzie. Ostatecznie toi toi’e stanęły w korytarzu, agregat ustawiono za nimi, odpalono maszynę, pojawiło się pierwsze światło i próby ogarnięcia tego całego szaleństwa.

W międzyczasie lokalny soundman poustawiał w ciemności podstawowe nagłośnienie. Po pojawieniu się prądu Marcin testował sprzęt, a chłopaki robili rozeznanie sceny. Zaczęło się pojawiać się coraz więcej ludzi ogarniających miejsce, zaczęła się tlić nadzieja, że może z tego dramatu uda się jakoś wybrnąć. Rumuni pomagali wnosić i rozkładać sprzęt, robili co mogli, by zmienić tę norę w pomieszczenie, które w choćby minimalnym zakresie spełniałoby warunki umożliwiające przeprowadzenie koncertu. W końcu wszystko stanęło na tyle, że można było zrobić próbę dźwięku. Dochodziła 20, na sali było już kilka osób z publiczności, choć z uwagi na czasowe obsunięcie całości mieli nie wpuszczać ludzi jeszcze przez godzinę. A kiedy zespół zagrał pierwszy numer próby, a na twarzach obecnych na sali osób pojawiły się uśmiechy lub przymknięte oczy, od razu było widać jak mocno czują tę muzykę i jak bardzo jej łakną. Kto wie, może dziś jednak zdarzy się coś dobrego. Zaczyna zbierać się coraz więcej ludzi. Widać, że będzie spory tłum. O 22 cala sala jest prawie wypełniona. Już w trakcie występu supportów czuć entuzjazm publiczności. Z każdym kolejnym numerem tłum coraz mocniej rozgrzewa salę, a emitowane na ścianie za sceną wizualizacje rozświetlają jej przygnębiające mroki. Nora powoli zmienia się w salon. TFN wchodzą na scenę po północy i od samego początku jest tak, jakby grali w domu. Co więcej, takiej żywiołowości nie widziałem na żadnym koncercie w Polsce. Przez cały koncert jest headbanging, wspólne bujanie, okrzyki, skandowanie nazwy, a na koniec wykrzyczenie zespołu na scenę na bis. Bisem na tej trasie jest „Tragedy of Joseph Merrick”, na którym Maciek z Adamem kontynuują tradycję zejścia z gitarami w tłum pod koniec numeru. W Cluj jednak, w momencie kiedy Adam tylko zszedł ze sceny, ludzie pochwycili go na ręce, unieśli w górę i całą końcowa partię odegrał na rękach tłumu. Szaleństwo.



A po koncercie, kiedy zespół wyszedł do ludzi, nastąpiła nawałnica podekscytowanych reakcji fanów, dzielenie się, kto widział wszystkie 4 koncerty zespołu w Rumunii, kto będzie jutro w Bukareszcie, a kto jedzie do Timiszoary. Były również zdjęcia, autografy, pochwały, podziękowania, przybijanie piątek. Wszyscy mają poczucie, że jednak warto było tu zagrać. Zespół postawił na szalę reputację, którą od kilku lat konsekwentnie buduje w kraju oraz za granicą i zagrał w miejscu, które było nie tylko zupełnie nieprzygotowane, ale wręcz niebezpieczne. Czy wspominałem o zapachu spalin, które z ustawionego na parterze agregatu przez kilka godzin skradały się po schodach do sali, w której było zgromadzone ok. 400 osób? Pomijam już różne inne braki i niedociągnięcia, ale ostatecznie fani swoją emocjonalnością wynagrodzili determinację zespołu i zrekompensowali niekompetencję organizatorów oraz dzikie warunki miejsca koncertu.



Szalony dzień, szalona noc. Po złożeniu i zniesieniu sprzętu klub opuściliśmy o 4 rano. W hostelu miał miejsce kolejny etap karuzeli poznawania osób z całego świata. Rosja, Australia, Rumunia, była też część fanów z koncertu, rozmowy, ostatnie drinki. I jak dzień wcześniej, sen o 5, pobudka o 7, cykl się powtarza. Torby w dłonie, ciała w busa, kierunek Bukareszt.
Dzień 8 – Tak!
Wjeżdżając do Bukaresztu, prawie dwumilionowej stolicy kraju, zastanawiałem się, czy w największym mieście Rumunii rzeczywistość będzie wyglądać inaczej, niż na prowincji. Przedmieścia miasta szybko jednak zweryfikowały tę naiwną ciekawość. Kierując się w stronę centrum miasta, gdzie był zlokalizowany klub, wszystko wyglądały jeszcze bardziej posępnie, niż wioski. Wszędzie wiszące, niezabezpieczone kable trakcji elektrycznej, pałętające się bezpańskie psy, wrony szarpiące znalezione na ulicy resztki jedzenia. No i ta wciąż lepiankowa architektura i pomysły typu instalacja odprowadzania wody zlokalizowana na balkonie.
Jadąc ulicami Bukaresztu chłopaki powiedzieli, żeby gdyby na ulicach było trochę więcej śmieci i znacznie więcej ludzi, to byłoby tak samo, jak w Indiach. Mocne. Podjeżdżamy pod klub. Chwila niepewności, co zastaniemy dzisiaj, ale szybko przychodzi westchnięcie ulgi – jest Europa. Samochód można zaparkować tuż przed wejściem, nie ma schodów, w środku jest ciepło, przyjemnie i kto by pomyślał – jest nawet prąd! Hotel znajduje się 100 metrów od klubu, najlepszy na trasie, elegancki, wygodny. Organizacyjny koszmar Cluj powoli odchodzi w zapomnienie. W Bukareszcie znów szykuje się wyprzedana sztuka. Ludzie wypełniają prawie cały klub już na występ supportu i tak jak poprzedniego wieczora, widać i czuć w tym kraju wielką miłość do muzyki. Jeszcze przed koncertem fani podchodzą i pokazują koszulki z poprzednich występów TFN w Rumunii, pytają czy zespół wyjdzie po koncercie, czy będzie można zrobić sobie zdjęcie. Koncert był jednym z najlepszych na trasie. Ponownie, emocje ze sceny wzmocniły się w połączeniu z pasją publiczności. No i te spotkana z ludźmi po występie. Oczywiście byli i Polacy, ale także lokalni fani, entuzjastyczni, oddani i pomysłowi. Ten osobnik skasował wszystkich swoim autorskim projektem koszulki zawierającym szyfrowo-mozaikowe ujęcie tytułu piosenki „It Takes More Than One Kind Of Telescope To See The Light ”.

Ciekawie było obserwować zachowanie tego, jak i wielu innych fanów, którzy mają okazję bezpośredniego spotkania z osobami tworzącymi ważną dla nich muzykę. Na początku jest lekkie speszenie, które po chwili jest przełamywane chęcią podejścia, porozmawiania, podzielenia się czymś istotnym, czy to zaistniałym tego wieczora czy podczas obcowania z twórczością zespołu. Spotkania po koncercie to często chaos, gdyż każdy chce zrobić zdjęcie, dostać autograf czy przybić piątkę. Jednak pośród tego rozedrganego szumu można również odczuć delikatnie drążące emocje fanów, którzy mają jedyną okazję podzielić się czymś ważnym z ludźmi tworzącymi dla nich coś emocjonalnie istotnego. A że chłopaki z zespołu dla wszystkich są mili i otwarci, atmosfera była zawsze bardzo przyjemna. W Bukareszcie ona też szybko przeniosła się dalej w wieczór, czy w zasadzie już noc, bo kiedy okazało się, że w klubowym barze DJ zapodaje bardzo fajnie bujające dźwięki, sprzęt został szybko złożony, a cała nasza ekipa i część fanów przeniosła się do sali obok, gdzie dołączyliśmy do rozkręcającej imprezy. Przestrzegając klauzuli tajemnicy, którą pod karą 24godzinnego maratonu patroszenia karpi dla wszystkich członków zespołu i ich kuzynostwa, który to cyrograf podpisałem przed wyjazdem w trasę, nie mogę niestety ujawnić co się dokładnie działo podczas imprezy. Wszystkim zaintrygowanym musi więc tylko wystarczyć informacja, że tej nocy w rolach głównych wystąpili pies, Tuborg, techno i podarta koszulka.
Dzień 9 – Syberiada

Wyruszając do Timiszoary wiedzieliśmy, że czeka nas długa droga, ale trud tej podróży, a konkretnie krętych, wąskich i powolnych karpackich dróg, wypompował wszystkich doszczętnie. Posuwając się powoli za blokującymi jazdę tirami zastanawialiśmy się, jaki dziś będzie klub, gdyż ostatnie dni charakteryzowały się bardzo wyraźną sinusoidą. Koszyce – bomba, Cluj – okopy, Bukareszt – Wersal, Timiszora – wychodek? Po jakiś 8 godzinach jazdy dotarliśmy pod adres, w którym miało się znajdować miejsce dzisiejszego koncertu. Nie mogąc znaleźć klubu zapytaliśmy o niego w pobliskim sklepie muzycznym, gdzie usłyszeliśmy, że on już nie istnieje. Czyli sinusoida nie kłamie…
Po krótkim zamieszaniu Maciek skontaktował się z promotorem, który wyjaśnił, że klub funkcjonuje, ale kilka ulic dalej. Podjeżdżamy tam i rumuńska rzeczywistość zapodaje kolejny cios. Niby już znany – schody, ale pod względem ilości Timiszoara skumulowało to, co „zaoferowały” wszystkie kluby na tej trasie razem wzięte. Jeśli wiedeński Viper Room był dotychczas największym przekleństwem, to klub w Timiszoarze podniósł tę wartość do kwadratu i pomnożył przez sto. Lokal mieścił się na strychu i ogólnie wyglądało to tak, jakby klub z Wiednia obrócić do góry nogami i dodać jeszcze jedno piętro.

Wszyscy ledwo dyszeli po wyjściu na górę celem tylko zobaczenia miejsca , a co się będzie działo przy wyjściu ze sprzętem?! Ostatecznie, podobnie jak w Cluj, przy pomocy lokalnych entuzjastów sprzęt został wniesiony na górę, choć bez Dzikuna, z którego wyciągnięto najważniejsze rzeczy i pozostawiono na pace celem uniknięcia zaistnienia kilku bardzo prawdopodobnych przypadków dyskopatii z przemieszczeniem jądra miażdżystego w kierunku grzbietowym. A jak samo miejsce? I w tym mieście słowo „klub” również powinno się wziąć w cudzysłów. Było to pomieszczenie na strychu, które zostało zaadoptowane na coś klubopodobnego. Tym razem był prąd i nawet ubikacja, ale nie ogrzewania i czas kilku godzin do koncertu wszyscy spędzili w kurtkach i z herbatą w dłoni. „Jak przyjdą ludzie, to będzie cieplej” zapewniali organizatorzy i ponownie jak w Cluj podkreślali, ile wysiłku zostało włożone w to, że koncert może się w ogóle odbyć, zupełnie nie rozumiejąc tego, że podstawowy błąd polega na tym, iż on w takim miejscu w ogóle nie powinien być organizowany. Rumunia to bipolarność – szczyt organizacyjnej trzody i esencja ludzkiej życzliwości. Koncert zarówno dwóch supportów, jak i TFN, odbył się atmosferze przypominającej koncerty WOŚP. Pośród publiczności kurtki, czapki i opary chłodu, a na scenie rock. Chłopaki zagrali kolejny mocny koncert, a rumuńska publika znów udowodniła, że krew ma zaiste gorącą. Był headbanging, stage-diving i wszystkie inne atrakcje rzadko widywane na koncertach zespołów post-rockowych.
Po koncercie właściciel hostelu, w którym mieliśmy spać, oferował gościnę i sobotnią imprezę, jakkolwiek po wszystkich zerwanych nocach, mięśniach, ścięgnach i timoszoarskiej syberiadzie, chcieliśmy już tylko zapakować się do busa i wracać do Polski. Powrót dla wszystkich oprócz kierowcy Jacka (na szczęście) upłynął pod znakiem snu. W przebłyskach rozbudzenia odbyliśmy kontrolę paszportową na granicy rumuńskiej, potem z ulgą powitaliśmy najpierw unijne autostrady, następnie polski Internet, a po 14 godzinach jazdy w końcu rogatki Warszawy.
Nawałnica. Ta trasa to była nawałnica wrażeń wygenerowanych przez miejsca, wydarzenia i ludzi. Całość osiadała we mnie jeszcze kilka dni po tym bardziej, że na pewne myśli w trakcie dziania się rzeczy po prostu nie ma czasu lub siły. Dopiero po jakimś czasie w pełni zdajesz sobie sprawę z tego, co się tak naprawdę wydarzyło. Życie w trasie to wysiłek. Spory wysiłek. Fizyczny, mentalny, emocjonalny. Jest to doświadczenie męczące, wyczerpujące i często po prostu niezdrowe. Ale jest też w tym bardzo szerokie pasmo surrealnej wyjątkowości. To codziennie dziejące się „teraz”, wypełniające cię iskrzącą ekscytacją, która dzień po dniu przełamuje fizyczne zmęczenie. Te kumulacje drastycznych przeskoków rzeczywistości i ich stałe rozciąganie pojemności twojej percepcji. Te nieprzewidywalne wydarzenia, widoki, spotkania, rozmowy, myśli, iskry spontaniczności. Ta intensywność całości unikatowego doświadczenia. Wracasz do domu, odsypiasz noce, łapiesz oddech i powracając wspomnieniami do zaistniałych wydarzeń masz w głowie tylko jedną myśl: „To było absolutnie wyjątkowe”.

fot. Jacek Messyasz