Artur Barciś opowiada o swoich pasjach sportowych, wzruszeniach życiowych i o tym jak w zawodzie opartym o interakcję z publicznością układać relację z własnym ego.
Data publikacji: 12.08.2024
Mówi pan o sobie, że jest bardzo wrażliwym człowiekiem i ta cecha jest oczywiście bardzo cenna, zarówno w życiu, jak i w aktorstwie, ale jednocześnie potrafi być obciążeniem. Jak pan funkcjonuje ze swoją wrażliwością?
Zależy o której wrażliwości mówimy. Ja mam wrażliwość np. na to co widzę. Wzruszają mnie ptaki, które dokarmiam, wiewiórki, które je przeganiają, bo one tam dosłownie walczą ze sobą o ziarnka słonecznika. Wzrusza mnie ten kwiatek stojący na stole, który przywiozłem z Holandii. Wtedy był tylko brzydką cebulą, a teraz jest czymś tak pięknym. Ale wzruszam się też, kiedy Robert Lewandowski strzela gola czy gdy Iga Świątek wygrywa kolejny mecz. To są rzeczy, które mnie wzruszają, ale istnieje inny rodzaj wzruszenia, czyli rodzaj empatii w stosunku do ludzi, którzy potrzebują pomocy lub którym w życiu coś się stało. Ja mam w sobie poczucie długu wobec takich osób.
Aż tak?
Tak,ponieważ w życiu trzeba mieć szczęście. Ja zawsze powtarzam, że aby w moim zawodzie odnieść sukces, to muszą się spotkać trzy elementy. Talent czy dar, którego nie można się nauczyć. Warsztat, czyli zestaw umiejętności, których nauczyć się można i zbieg okoliczności, który powoduje, że to akurat ja dostałem tę rolę, a ona zaś spowodowała, że stałem się uznanym aktorem. Tak było np. w przypadku „Dekalogu”. Krzysztof Kieślowski, spóźnił się na pociąg do Łodzi. Czekając na następny, w hali dworcowej dla zabicia czasu obejrzał fragment filmu „Odlot”, w którym grałem główną rolę. Gdyby to się nie stało, gdyby Krzysztof przybył na czas, to pewnie bym nie zagrał w Dekalogu, a ten film był przełomem w historii kina. Tak więc trochę tego szczęścia w życiu trzeba mieć i ja to szczęście miałem.
Cała rozmowa dostępna na portalu Interia.pl:
Fragment audio: